Luty -Cztery tygodnie
„Luty. .
Cztery tygodnie bez notatek, jutro wyjazd do Metzu. Godzina przed świtem
Godzina przed świtem, niejasne wrażenia między nocą a dniem. Hotel sterczy nad wąską ulicą, zastawioną szpalerem samochodów, po północy jakaś ostra sprzeczka o miejsce do zaparkowania, nie mogę już zasnąć. Leżę jednocześnie w kilku pasmach czasu, rozszczepiony, łatwo przenikamy. Przechodzi przeze mnie rzeczywiste i nierzeczywiste, o zmiennych napięciach i niejednakowej plastyczności, czasem bardzo wyraźne —
— koledzy szkolni Tak, zdaje się... Aha, raptem ten z baczkami, co siedział w trzeciej ławce, za Nyeskim... Nieokreślone, męczące szukanie tonacji, w której należy mówić, istnieć — poszukiwanie zmieszane z niepewnością, z obawą winy, z poczuciem braku —
— braku czy czegoś nie wybranego, nie dopełnionego Słowa, jakie powinienem był powiedzieć — wtedy, dawno, i później. I dlaczego nie odmówiłem — moja twarz, grymas, z jakim się zgadzałem.
— zbawienny pomysł motywacji, idea usprawiedliwiająca, i znów przenika mnie inne pasmo, inne kontury, głosy, echa, kołyszę się w nowym stylu, w inwokacjach sprzeciwu, który wygłosiłem kiedyś — ale kiedy
— to, co mogłem zrobić, to, czego nie zrobiłem, i to, co się stało faktem. Jak uzasadnić tę średnią, ten kompromisowy wynik, ten —“(9)