się tak krytycznie Zwyczajem
„się tak krytycznie. Zwyczajem starych ludzi, którzy wiedzą, że robią coś nieodpowiedniego, przygryzali dolne wargi i nie odzywali się jednym słowem.
Pan Voight zaś trząsł się na całym ciele. I to ze śmiechu, jak szybko zorientował się Loch. Patrzał na to, co się tam działo, jak na widowisko. — Dobra jest! Dobra jest! — powtarzał.
Stary Moody i pan Fatty zgasili ogień w pianinie, odpychając się wzajemnie i waląc na oślep w struny. Stary Moody, mimo że w pewnej mierze zepsuto mu zabawę, z dużą radością skakał po żwawo płonących, suchych liściach magnolii. I tak zgasili pożar, zadeptali go starannie do ostatniej iskierki, do ostatniej tlącej się maty, która nawet pod koniec wybuchała jeszcze znienacka żywym płomieniem, by wreszcie opaść na dobre. Gdy zdawało się, że jest już po wszystkim, wystrzelił raz jeszcze jeden niewielki języczek ognia. Rzucili się z entuzjazmem do gaszenia, zdusili go wspólnymi siłami, po czym gwizdnęli przeciągle, tupnęli nogami ostrzegawczo i potoczyli wkoło groźnym spojrzeniem. Płomień zgasł na dobre.
— No to koniec, panowie — odezwał się pan Yoight.
W tej samej chwili z ślepego kąta wysunęła się stara. — A to kto — wrzasnął pan Voight. Stara przesunęła się na środek pokoju. Być może, gdyby nie stali tak nad nią nasi dwaj stróże porządku publicznego, złożyłaby dłonie“(7)